O autorze
Z obydwu pasji uczynił codzienną pracę. Marketingowiec w agencji TO BE Group z zacięciem dziennikarskim. Doświadczenie zdobywał w białostockiej „Gazecie Współczesnej”, a po przeniesieniu się do Warszawy we „Wproście”, „Newsweeku” i branżowym „Pressie”. Obecnie kieruje serwisem Technologie.ngo.pl. Po godzinach fotograf na drugim etacie.

Na blogu w INNPoland podejmie próbę zderzenia wszechogarniających nas innowacyjnych technologii ze światem trzeciego sektora. Nie tylko polskiego.

Wydmuszkowa pomoc społeczna

Niedawno w czasie porannego przeglądu prasy dotarłem do tekstu z dziedziny, którą zajmuje się na co dzień. Było to dodatkowo coś, co przykuło moją uwagę na dłuższą chwilę. Otóż w zagranicznym serwisie poświęconym ngo-som pewien autor opisał aplikację WeShelter. W założeniu jest to udogodnienie wspomagające posiadacza smartfona w okazywaniu wsparcia bezdomnym. Tylko nowojorskich co prawda, ale jednak. Wraz z zachwytem szybko pojawiła się wątpliwość - kto zechce wspomóc potrzebujących za pomocą komórki? I to na niejasnych zasadach?

Większość nas – współczesnych technologicznych konsumentów w swoich smartfonach faktycznie opiera użyteczność posiadanego egzemplarza na jakościowych aplikacjach, które służą codzienności. Tony programów społecznościowych, bankowość mobilna, przeglądarki, aplikacje newsowe, być może jakieś gry; coraz więcej osób z pewnością ma w nich jeszcze jakieś aplikacje użytkowe. To wnętrze przeciętnego smartfona, śmiem snuć tezę - większości z nas.



Tak naprawdę gdybym chciał ogarnąć zasobność aplikacji przewijających się przez mój telefon, lista prędko nie zostałaby zamknięta. Zresztą, przy tej okazji poprosiłem kilku znajomych o podanie liczby posiadanych przez nich w telefonie aplikacji. Choć to kompletnie niemiarodajne wyniki, to w zdecydowanej większości liczby przekraczały 30. I przy tej już całkiem sporej sumce pozwalam sobie na wątpliwość: ile razy wszystkim nam zdarzyło się pomyśleć: „czemu autor włożył własny wysiłek w powstanie danego rozwiązania”? Dopełnieniem tej retoryki niech będzie myśl o formie monetyzowania tego typu rozwiązań.

Podobne odczucie nasuwa mi się chwilę po pierwszym zetknięciu z wymienionym w leadzie WeShelter. Teoretycznie działanie tego tworu jest zbliżone do funkcjonowania witryny internetowej Polskiej Akcji Humanitarnej – Pajacyk.pl – klikamy w zielony przycisk z logiem WeShelter przekazując w ten sposób symboliczne środki na konto jednego z trzech partnerów partycypujących w projekcie. Wśród nich znajdują się organizacje prospołeczne kumulujące działania wokół bezdomnych ulokowanych na wybranych największych nowojorskich dzielnicach.

Teoretycznie bierzemy tym samym udział w rodzaju gryfikacji – w programie jest ranking najpopularniejszych użytkowników, mierzony zarówno dla tygodnia, jak i całego okresu. Teoretycznie przekazujemy w ten sposób środki (jak wiele?) sponsorów (jakich?) na konto jednej z wybranych organizacji (którą?). Autorzy zarzekają się, że po każdorazowym kliknięciu do skarbonki rzeczonych NGO wpada kilka centów. W różnych wywiadach z twórcy deklarowali różniące się od siebie wartości, oscylujące z reguły około 5 centów.

Teoretycznie więc, przynajmniej rozsądnie tłumacząc sobie ideę zakładamy brak limitu dziennego płynącego od pojedynczego użytkownika. W aplikacji nie ma też ograniczenia terytorialnego, więc może zmobilizujmy obrotnych w takich kwestiach Polaków i zalejmy bezdomnych falą centów, im na pewno się przydadzą. Nie wiadomo też jak aplikacja ma docierać do potencjalnych pomagających.

I w ty miejscu zastanawiam się nad największą wątpliwością, zlokalizowaną kompletnie obok wątpliwości funkcjonowania WeShelter. Co ma sprawić, by jakikolwiek nowojorczyk nie zdecydował się na rychłe odinstalowanie tego programu? Dlaczego losowa osoba miałaby przekazać informację o istnieniu programu swojemu znajomemu?

Twórcy w opisie aplikacji w AppStore (nota bene aplikacja dostępna jest wyłącznie na telefony z systemem iOS) donoszą o alarmującym problemie – rosnącej w zatrważającym tempie liczbie bezdomnych, która niedługo ma szanse przebić stan z czasów największej ekonomicznej recesji w Stanach, tzw. Wielkiego Kryzysu czy też Depresji z przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Wtedy też bezrobocie sięgnęło ponad 20 proc. I choć obecnie oscyluje „jedynie” wokół 10 proc., to problem istnieje i twórcy aplikacji chcą przyłożyć swoją cegiełkę do minimalizacji jego szkód.

Dlatego stawiam jasne pytanie: dlaczego tworząc fantastyczną ideę osadzoną w technologicznej rzeczywistości, zatraca się umiejętność akcentowania pewnych naturalnych odruchów? Dlaczego numer telefonu, który możemy wykręcić na naszych urządzeniach i którego z pewnością gros osób nie rozpoznaje w jakikolwiek sposób znajduje się dopiero na stronie internetowej idei i to w jednej z wielu zakładek? Czy aplikacja ma być lekiem na rosnącą w społeczeństwie ignorancję wobec niekoniecznie różowej rzeczywistości wokół nas? Już sama idea, opisana zresztą na stronie dokładnie w ten sposób budzi wątpliwość: „Możesz użyć WeShelter dokładnie wtedy kiedy chcesz, ale szczególnie w momencie, w którym widzisz kogoś w potrzebie”...

Może nieco na siłę akcentuję istniejące chyba od pokoleń problemy. Może zamiast pochwalić pomysł szukam przywar. Jednak gdyby autorzy zechcieliby za jakiś czas podzielić się wykresami popularności, sum zebranych na ten szczytny cel i w końcu na jakąś daną obrazującą wzrost popularności telefonu do lokalnej pomocy, być może zmieniłbym swój sceptycyzm co do powodzenia projektu.

Być może nieskładnie, być może jednak potrzebnie zwracam uwagę na bolący mnie problem - brak pragmatyzmu wśród ogólnoświatowych twórców jakichkolwiek rozwiązań. Spróbujmy po niego sięgnąć, a zarzekam się - wszystkim będzie lepiej!
Trwa ładowanie komentarzy...